Nocne czuwanie – Tarjei Vesaas

I
(…) To prawda o życiu, o człowieku, o jego kondycji, gdzie drzemią złe moce, ślepe instynkty, mordercze odruchy, nienawistne nawoływania; drzemią na dnie czarnej otchłani niczym mętna, tajemna woda. My mówimy, że nie ma w nas tego wszystkiego, lecz jakiś głos ostrzega: Pewnego dnia wyłoni się to wszystko na powierzchnię …
– O, nic podobnego! – odpowiadamy i dusimy w sobie ten głos, próbujemy go zdławić, stłumić, bo nie ma żadnego sposobu, aby uciszyć ten uparty głos, który mówi zawsze to, co powiedzieć należy.

Przyjdzie dzień, kiedy twoje morze wyrzuci na powierzchnię to wszystko, co dotychczas kryje. Twoje maleńkie, głębokie, ohydne morze. Na jego dnie tkwi bezład. Szlam i ciemności. Strzeż się!

Lawina rusza. Porywa z sobą. unosi brudy, o których wiemy, że powinniśmy się ich pozbyć, ale równocześnie odsłania to, czego się zapieramy, a co powinno w nas budzić palący wstyd, mianowicie fakt, że człowiek wie, co w rzeczywistości bez przerwy w nim tkwiło.
( 5 lipiec, 2001)
II
Nocne czuwanie – powieść T. Vesaasa wydana w roku 1940 opowiada pewną historię. Oto na mała, spokojną wysepkę przybywa niejaki Andreas Vest – człowiek obcy gnany pragnieniem znalezienia miejsca, które by go uleczyło. Był to człowiek młody, zdrów, silny i urodziwej postaci, ale tkwił w nim bolesny niepokój, spowodowany udręką złych wspomnień, minionych przeżyć. Przeżyć, o których chciał, a nie mógł zapomnieć. Pozostawiły one niezatarte ślady na jego twarzy. Podobnie jak i liczne niespokojne wędrówki, poszukiwania oraz rozczarowania, które także wycisnęły na nim swoje piętno.

Ale czego ów człowiek szukał? Ciszy i spokoju – jak wszyscy – bowiem niegdyś pracował w fabryce, w której nastąpiła eksplozja. Był jednak na tyle słaby, iż trupy, pogorzelisko i zwalone mury, po prostu zagłada, wdarły się pod jego czaszkę i żadną miarą nie mógł się od tych wspomnień uwolnić. I oto idąc przez tą spokojną, zieloną wysepkę wchodzi do lasu. Tam spotyka młodą dziewczynę – Ingę, córkę Marii i Karla Li – gospodarzy mających dużą czerwoną stodołę będącą niejako wizytówką tejże wysepki, widoczną z każdego miejsca, i sad, któremu oddawali się bez reszty – która poszła do lasu zbierać zioła. Wywiązała się między nimi rozmowa, a Inga zachwycona Andersem, który też rzekomo zbierał zioła, postanowiła zaprowadzić go w miejsce, gdzie rosną niespotykane w tych rejonach zioła. I cóż się dzieje? Nie wiemy, jak i dlaczego Inga pada ofiarą Andersa.

To jednak, co się wydarzyło w lesie, czyli morderstwo i następstwo owej zbrodni prowadzące do następnej poprzedzone jest dosyć dziwną, nieco zaskakującą, lecz w pewnym sensie zapowiadającą późniejsze wydarzenia sceną. Oto bowiem w jednym z gospodarstw na wysepce, gdzie miała okocić się młoda maciora, nagle dochodzi do szaleńczej walki pomiędzy dwiema innymi maciorami przypominającej nieco biblijny opis oszalałych, opętanych przez szatana świń pędzących na stracenie. Zwierzęta, w które jakby wstąpił opętańczy demon walczą krwawo i zapamiętale. Ostatecznie wpadają do studni i skręcają sobie karki. Ta natomiast maciora, która dopiero co okociła się poczęła pożerać swoje prosięta.

Ziemia się rozstąpiła ukazując piekło. Dlaczego? – pyta narrator. Ale wracając do tego, co wydarzyło się w cichym, zielonym lesie na spokojnej norweskiej wysepce, nad którą jednak coś wisiało i raptem, jak „rozdzierający krzyk” opadło „czarną powłoką” na ziemię, wołając nieludzkim zawodzeniem: Morderstwo!

I zaczyna się szaleńcza pogoń przez las za mordercą, której przewodzi brat zamordowanej Igi, Ralf, będący jak płomień ogarnięty furią, gniewem, zemstą, jakimś demonicznym okrucieństwem, którym zarażał wszystkich uczestników tego ludzko-nieludzkiego polowania i wciągał nowych w płonący krąg zła. (…) odmienieni, nieprzytomni, jak gdyby wcielenie morderstwa gnało u ich boku i wyzwalało z otchłani tajemne okrucieństwo. (…) Schwytać mordercę i oddać go w ręce policji? To mało. To nie zadowoli instynktów wypływających z mroków otchłani. Nie nasyci żądzy, nie zaspokoi jej.

Ostatecznie, tuż za sadem Li, pod ścianą czerwonej, monumentalnej stodoły osaczają niczym sfora rozszalałych, wygłodzonych zwierząt, u których ból zamienił się w szał a zmęczenie w opętańczą furię, i zabijają Andersa. Po zabiciu mordercy Ingi rozszalały tłum zaczyna uświadamiać sobie swój czyn: Tłum stojący w milczeniu zaczynał się budzić. Każdy czuł się samotny, obarczony ciężkim brzemieniem… Płomień wygasał w nich niezwłocznie po wejściu do sadu.

Co ta scena nam uświadamia? Otóż Vesaas mówi, że ludzkie serce, że człowiek przepełniony jest złem, złem, które bulgocze w nim niczym gotująca się do wybuchu na zewnątrz krateru lawa. I nagle to całe zło wylewa się na zewnątrz człowieka, przebija cienką warstewkę krateru – wiedzy i kontroli człowieka nad sobą – wprowadzając go w stan furii i morderczych, nienawistnych zapędów. Moje serce? W moim sercu jest ciemno i ohydnie. Każdy ma w sobie otchłań: niezbadaną, enigmatyczną, ciemną, krętą, cuchnącą i ziejącą w swych czeluściach różnorakimi trującymi jadami, nad którymi ludzka świadomość nie jest w stanie zapanować, których nie zdoła ujarzmić, skrępować i prowadzić niczym spokojnego, ugłaskanego pieska na smyczy.

W drugiej części „Odnowie”, kiedy po tragicznym w skutkach incydencie Kar Li idzie do domu z synem Ralfem, ten w obecności matki prosi obojga rodziców o przebaczenie i zrozumienie czynu, bo to on pierwszy rzucił się na mordercę siostry. Cóż w tej sytuacji Karl odpowiada synowi? – Nam nie wolno takiego czynu zrozumieć. I na tym koniec. Nam nie wolno, Ralfie. (…) Nie wolno okazywać zrozumienia dla podobnego czynu. Nie wolno go usprawiedliwiać! Stanowczo. Nie ma usprawiedliwienia dla morderstwa, nawet dla własnego syna! Musimy zachować godność w każdej sytuacji i warunkach, a nasza etyka nie może być chwiejna, nie może przytłaczać jej i kierować nią chaos sytuacji, w które człowiek jest wciągany – stara się mówić Karl Li. Lecz nie wypędza syna z domu, mówi do Ralfa: Tak, rodzina musi wziąć na barki swoją cząstkę. I znowu powtarzam: cała rodzina musi się skupić w domu. Domownicy muszą we własnym kręgu zawrzeć grzech, smutek, wstyd i obarczyć się nimi. Taka postawa w niczym nie uwłacza rodzinnemu ognisku.

Jakże znamienne słowa wypowiada Karl; z jednej strony potępia i nie usprawiedliwia niczym czynu syna; z drugiej zaś, jako ojciec i głowa rodziny nie zamyka drzwi rodzinnego domu przed synem, a wręcz odwrotnie, prosi syna o powrót do domu i przenosi na barki całej rodziny zło popełnione przez syna. Rola rodziny jest więc dość klarownie określona; czyny popełnione przez członka rodziny są niejako czynami całej rodziny, której poszczególni członkowie są jakby częściami jednego wielkiego organizmu, a co za tym idzie i poczucie winy spada na ów organizm. Ralfowi chodzi jednak o zrozumienie, którego nie znajduje również u swojej dziewczyny, Elzy. Tak więc okrucieństwo, które wydaje się czasami obce ludzkiej naturze jest głęboko zakorzenione w człowieku będącym samotnym i ubogim pielgrzymem wędrującym po ciemnym, gęstym i bezkresnym lesie, jakim jest jego serce. I mimo że wszyscy uczestnicy szaleńczej pogoni za Andersem szeptali i obarczali winą Ralfa za morderstwo, to wewnątrz czuli to późniejsze, nieco egzystencjalne, a tak ewokowane przez Camusa w spowiedzi Clemensa z Upadku, poczucie winy.

Warto też zauważyć i podkreślić, że owa ciemność i tajemniczość ludzkich serc doskonale współgra, koresponduje z norweskim pejzażem wyspy, gdzie rozgrywa się akcja Nocnego czuwania: Mrok powoli wynurzał się z morza. Spływał z góry, a może raczej wyłaniał się z ziemi. (…) Mrok był w nich. Oni tego nie pojmowali. Wypływał bowiem z nieznanego im miejsca, ze świeżo powstałej otchłani. (…) Nic nie robili, tylko od czasu do czasu rozglądali się ze zdziwieniem, stawiając sobie pytanie: „Czy to ja tu jestem? Po co tutaj przyszedłem?”

Chcąc odkupić zbrodnię zbierają się licznie w ciemnej, ogromnej stodole Li, gdzie leży zabity – ofiara ludzkiego szału i morderczych instynktów. Zbierają się na prośbę tajemniczej Kari Nes, kobiety, która niegdyś straciła synów i męża, będącej w pewnym sensie sumieniem całej wyspy. Oni przynieśli tu swoje pragnienia, niepokoje, wstyd, żal. Dzisiejszego dnia te wszystkie uczucia wypłynęły na wierzch, osiągnęły szczytowy punkt i zniewoliły ludzi. Zobaczyli siebie, a widok ten był przygnębiający. On to przygnał ich do stodoły Li, gdzie leżał zmarły, który wszystkich łączył i przykuwał ołowianym ciężarem.

Nie wszyscy jednak mieli odwagę siedzieć w stodole: Niektórzy jednak przemykali do kojów dla świń. Bezszelestnie wślizgiwali się do tych nie oświetlonych miejsc, by ukorzyć się w prochu (…). Dlaczego? Z tego nie zdawali sobie chyba sprawy: Oto tarzam się w prochu, ja, najnędzniejsze ze stworzeń. Wśród zgromadzonych panuje wymowne milczenie. Kto pierwszy się wyłamie i opuści stodołę: Rozglądali się, kto pierwszy odejdzie. Kto się wyłamie (…) Jednakże siedzieli lub stali dalej. Lękali się wyjść z mroku, który ich krył…

Kiedy jednak spod czarnego nieba nocy przebijał się powoli szary świt, Gordon – ta, która nosiła dziecko w łonie powiedziała: Wyspa jest tak samo zielona! Ponieważ „Nocne czuwanie” – ta pokuta za zbrodnię – zostało wypełnione i uświadomiło mieszkańcom, że nie należy zapominać o rachunku sumienia, którego dokonali owej nocy za okrutne morderstwo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *