Tęsknota – Gaël Faye

„Tęsknota” to powieściowy debiut francusko-burundyjskiego rapera i autora tekstów Gaëla Fayeʽa. O czym jest ta książka? O tęsknocie za dzieciństwem, za bezpiecznym azylem w kręgu rodziny i przyjaciół? O plemiennych potyczkach Tutsi i Hutu? O przemocy i okrucieństwie wojny? O rozpadzie świata, którego przyczyną są ludzkie animozje i namiętności? O niemożności porozumienia między osobami o odmiennym dziedzictwie kulturowym? O poszukiwaniu własnej tożsamości?

Autor stara się poruszać wszystkie te problemy; na jednych skupi większa uwagę, akcentując je donośnie, innych dotyka ostrożnie lub delikatnie zarysowuje, bez nadmiernej wylewności i epatowania plastyką opisów. Niemniej jednak wszystkie te problemy znajdują swoje głębsze bądź płytsze ujście w strukturze książki, tworząc jej powieściową przestrzeń.

Początek „Tęsknoty” przypomina trochę „Upadek” Camusa. Pierwszoosobowy narrator w jakiejś knajpie – niczym Jan Babtiste Clemence w portowym „Mexico City” – zaczyna snuć swoją opowieść. Czyżby kolejna spowiedź egzystencjalnego wygnańca, który przy kieliszku jałowcówki wadzi się z własnym ja? Ale nie, Faye zabiera nas do Afryki lat dziewięćdziesiątych, a ściślej mówiąc – do Burundi, w której spędził dzieciństwo.

Powieść rozwija się powoli, stopniowo, niejako pod dyktando głównej problematyki. W taki sam sposób w powieściową tkankę wkraczają: utrata bezpieczeństwa, zagubienie, lęk, groza, okrucieństwo czy przemoc, prowadząc do rozpadu świata, chaosu opętanego przez ludzkie animozje, krwawe odwety i terror.

Bo rozpad najpierw dotyka rodzinny dom Gabriela: rodzice chłopca rozstają się i ten bezpieczny fundament – rodzina – który dotąd zapewniał mu beztroski byt, powoli zaczyna się kruszyć. Następnie rozpad wnika do zaułka, w którym bohater wraz z przyjaciółmi wiódł swobodny i radosny żywot, biegając boso po uliczkach, kradnąc dojrzałe owoce mango (w pewnym sensie symbol idyllicznej krainy dzieciństwa) czy przesiadując w melinie, czyli opuszczonym volkswagenie kombi. I wreszcie ten destrukcyjny żywioł wkracza do miasta i opanowuje cały kraj, w którym toczą się walki gangów, do głosu dochodzą etniczne niesnaski, a animozje wybuchają krwawymi zdarzeniami.

Każde z tych wydarzeń boleśnie dotyka bohatera, odciska na nim trwały ślad, prowadząc do zagubienia i zmierzenia się z „darami” świata dorosłych. Konflikt rodziców to utrata więzi rodzinnych i brak kontaktu z matką, która znika, i z ojcem – często nieobecnym w domu. Z kolei sytuacja w kraju i sąsiedniej Rwandzie wpływają na atmosferę panującą w zaułku: Gabriel, przerażony zachowaniem przyjaciół (zwłaszcza Gina), zaczyna się od nich odsuwać, znajduje zastępczy azyl i chwilowe ukojenie w książkach pani Economopoulos.

Niemniej jednak musi szybko dojrzeć, odnaleźć się w nowej rzeczywistości, do której nie pasuje ze swoją wrażliwością. Przeraża go, że nowy świat zaraża innych swoim okrucieństwem, wchłania w wojenne tryby przemocy. W swoim tragizmie pozostaje samotny, bezradnie przyglądając się, jak ta bezwzględna, bezduszna i niszczycielska siła, jaką jest wojna, rozbija w drobny mak bezpieczny kokon, w którym chronił się i żył przez tyle lat. Bo nie ma już rodziny i beztroskiego zaułka, w którym bawił się z przyjaciółmi i objadał soczystymi owocami mango. Słoneczną przestrzeń dzieciństwa przykryły mroczne, ciemne chmury, z których spada na ziemię przemoc, okrucieństwo i krew, a dominującymi uczuciami człowieka stały się lęk, niepokój i bezradność. Ale w tym nowym świecie również sam bohater na moment zapomina się i staje jego częścią, co naznacza go stygmatem zbrodni.

Gaëla Faye snuje swą opowieść w sposób elegancki i lapidarny, poetycki i nastrojowy. Z ciepłą czułością wspomina beztroskie dzieciństwo, a wyważonym słownictwem wprowadza czytelnika w okrucieństwa wojny. Stroni od patosu i nadmiernych opisów, nie analizuje (jedynie rejestruje) przemian społeczno-politycznych w Burundi i sąsiedniej Rwandzie. W pytaniach stawianych nie wprost dyskretnie zaprasza do dyskusji o wartość człowieka doświadczonego cierpieniem, ludzkiej kondycji czy sensie poszukiwania własnej tożsamości.

„Tęsknota” nie jest jednak powieścią doskonałą, nie jest dziełem literackim, nad którym warto by piać z zachwytu. Jak na moje oko posiada wiele rys i pęknięć oraz momentów, które nie przekonują do przedstawionej wizji świata.

Główny bohater opowiada swoją historię z perspektywy dziecka – i tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Opowieść 10-, a później 11-latka jest w dużej mierze przepuszczona przez ogromny filtr doświadczeń i wiedzy dorosłego człowieka. Stylizacja na narrację dziecka często bowiem ślizga się i nie wytrzymuje ciśnienia rzeczywistości, przez co staje się mało przekonująca. Trudno bowiem uwierzyć i przekonać się do tego, że bohater (10-, 11- letni) posiada tak bogaty i uroczy zasób słownictwa. Również interpretacja niektórych sytuacji budzi spore zastrzeżenia i wątpliwości, jak chociażby ta, gdy ktoś patrzył na jego matkę z pożądaniem.

Opisy otaczającej rzeczywistości, sposób myślenia, odczuwania czy ocena codziennych zdarzeń, choć pozbawiona komentarzy, wymykają się z ram subiektywnej mentalności dziecka i jego postrzegania świata. Krótko mówiąc: narracja w wielu miejscach jest pozbawiona tak charakterystycznych i nieodzownych dla dziecka naiwności, prostoduszności czy zadawania pytań – często niewygodnych, trudnych i zaskakujących, a wynikających z ciekawości otaczającego świata. A poza tym brakuje mi dziecięcego zdziwienia światem.

Sztucznością tchną również niektóre wypowiedzi bohaterów, jak np. słowa, które wypowiada matka w rozmowie z ciotką Eusébie: „(…) Siepacze nie napadają na kościoły, przypomnij sobie pogromy w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim i tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku, wielu się tak uratowało, nie ośmielą się sprofanować sanktuaria”. Kto używa w rozmowie tak dokładnym dat? Każdy użyłby raczej skrótu, zwłaszcza że rozmówca doskonale wie, o co chodzi: „przypomnij sobie pogromy w sześćdziesiątym trzecim i czwartym”.

Jak już wiemy, Gabriel wiedzie bardzo spokojne i ustabilizowane życie: chodzi do szkoły (a raczej wożą go jako mieszkańca bogatej dzielnicy), włóczy się po zaułku, spędzając radosne i beztroskie chwile w miłym towarzystwie kolegów. I nagle to wszystko zaczyna się rozpadać jak domek z kart. Rodzinny dom utracił status szczęśliwego siedliska, a w zaułek powoli zaczyna wkraczać powiew „nowego”. Chłopcy nie spędzają już czasu na dziecięcych zabawach i rozrywkach, lecz zaczynają – wzorem dorosłych mieszkańców innych dzielnic – rościć sobie prawo do obrony własnego terytorium. Tematyka ich rozmów zaczyna skupiać się wokół zagadnień związanych z przemocą.

Bohater – zniechęcony i po części przerażony tą zmianą – próbuje znaleźć sobie jakąś alternatywę. Przypadkowo spotkana pani Economopoulos zaprasza chłopca do domu. W salonie Gabriel dostrzega wielką bibliotekę zajmująca całą ścianę. Pożycza jedną z książek, a nocą, ukryty pod kołdrą, z latarką w ręce zatapia się w zupełnie innym świecie. „Dzięki lekturom – wspomina – przekroczyłem granice zaułka, mogłem na nowo oddychać, świat się powiększył, rozciągnął się daleko poza mury, w których tkwiliśmy skazani na samych siebie i na nasz strach. Nie chodziłem już do meliny, nie miałem ochoty widywać kumpli, słuchać ich rozmów o wojnie, martwym mieście, o Hutu i Tutsich”.

Tak rozpoczyna się nowy rozdział w życiu narratora. Pochłania jedną książkę po drugiej, a wieczorami odwiedza Greczynkę; siedząc w ogrodzie przy herbacie i ciastkach, toczy z nią wielogodzinne rozmowy o przeczytanych lekturach. Czasem spacerują między drzewami, wśród kwiatów i czarującej przyrody niczym para kochanków. Istna sielanka! Bardzo to wzruszające, świadczące o ogromnej wrażliwości Gabriela, który spędzał całe noce na czytaniu, a później normalnie funkcjonował w dzień. Cóż, młody organizm jest jak grecki bóg, nie potrzebuje wiele snu i odpoczynku.

Zastanawiam się jednak, skąd taki nagły przypływ sympatii dla pani Economopoulos, z ogrodu której przecież jeszcze tak niedawno kradł wraz z kolegami owoce mango, aby później jej odsprzedawać, wyśmiewając jej naiwność. A książki? Skąd ten zapał do lektury, do słowa pisanego? Chociaż wcześniej bohater nie zdradzał takich skłonności, ba, nawet nie wspominał, że lubi czytać książki. Niezbadane są jednak ludzkie skłonności i namiętności…!

Bohater ucieka od świata przemocy, ucieka w świat książek, do tych „znośniejszych rzeczywistości”, które „przydawały dniom światła”. Znajduje tam swój wentyl bezpieczeństwa, dlatego jak wytłumaczyć tę kuriozalną, sztuczną i mało przekonującą scenę, kiedy Gabriel podpala samochód z człowiekiem w środku? Co autor chciał przez to osiągnąć? Zaszokować czytelnika? Pokazać, że ofiary krwawych wojen stają się czasami jej katami? Pokazać, że w czasie wojny żaden człowiek nie może pozostawać bierny, że wojna determinuje w każdym jakiś wybór? Pokazać, że w wojennej przestrzeni żadnemu człowiekowi, nawet temu najbardziej niewinnemu (dziecku), nie da się uciec od zła i przemocy? A może zaakcentować wrażliwość i poświęcenie bohatera, który w obliczu szantażu wybiera bezpieczeństwo i życie najbliższych, narzucając sobie jarzmo zbrodni?

Raczej nic z tych rzeczy, a sugestia szantażu ze strony Innocenta (szefa gangu „Niezwyciężonych” i pracownika jego ojca), że jeśli bohater nie podpali samochodu, to on zajmie się jego ojcem i siostrą, wypada dość blado i kiczowato. Jak to zdarzenie wpływa na samego Gabriela, na jego losy? Zabił przecież człowieka! W liście do swojej francuskiej koleżanki pisze z żalem, że nie chce być już mechanikiem. I to niby ma być pokuta tego wrażliwego chłopca, jego akt skruchy za zbrodnię, za pozbawienie niewinnego człowieka życia? Kolejny zgrzyt „Tęsknoty”, od którego aż skwierczy nieprzyjemnie w zębach!

Największym jednak pęknięciem i zarazem sromotną klęską książki jest, moim zdaniem, jej zakończenie i wątek związany z matką Gabriela – Yvonne, jakby Faye cierpiał na chorobę wielu współczesnych powieściopisarzy: „nie mam pomysłu na zakończenie, ale jak się już zaczęło, to jakoś trzeba zakończyć”.

Yvonne to postać bardzo tragiczna, bodaj najtragiczniejsza w całej powieści, i jednocześnie istotna w naczelnej idei utworu, w zrozumieniu krwawego dramatu plemiennych walk toczących się w Rwandzie. Czując się Rwandyjką, nie może zapomnieć o swoim wygnaniu z ojczyzny oraz o krewnych, którzy tam pozostali i żyją w ustawicznym strachu i niebezpieczeństwie. Śmiem podejrzewać, że to jej silne poczucie przynależności, ciągłe cierpienie z powodu sytuacji panującej w Rwandzie oraz wychowanie w innej kulturze prowadzą do konfliktu z mężem – Francuzem (Europejczykiem), który nie jest w stanie jej zrozumieć. Co w konsekwencji prowadzi do rozstania.

Matka Gabriela odchodzi od męża i dzieci (o, zgrozo!), ale czasem pojawia się w domu. Są momenty, kiedy zaczyna rozmawiać z mężem, co z kolei rodzi nadzieję w Gabrielu na zakończenie konfliktu i powrót do normalności. Gdzie i z kim przebywa, tego raczej się nie dowiadujemy.

Jej świat i psychika rozpadają się totalnie w momencie, kiedy grzebie to, co pozostało po dzieciach ciotki Eusébie po okrutnym pogromie, jaki rozegrał się w Rwandzie. Pogrążona w wojennej traumie i obłędzie znika z kart powieści, by pojawić się po dwudziestu latach, kiedy narrator zjawia się ponownie w „kraju lat dziecinnych”. Zobaczywszy ją w barze, jako obłąkaną staruszkę opowiadającą wciąż o plamach na podłodze, których nie da się zmyć, decyduje się pozostać i opiekować chorą matką.

Cóż, bardzo to chwalebne i wzruszające, ale… Co bohater robił przez dwadzieścia lat, kiedy przebywał z dala od ojczyzny? Zapomniał o własnej matce, a teraz nagle przypomniał sobie o jej istnieniu i postanowił roztoczyć nad nią opiekuńcze skrzydła. Jak silne więzy musiały go z nią łączyć, skoro przez tyle lat nie znalazł w sobie odrobiny ludzkiego odruchu, aby ją odszukać? Nie przemawia to do mnie. Za bardzo naciągane. I nieludzkie.

A co by było, gdyby jej tam nie zobaczył? Ulotniłaby się w mgle niepamięci, jak te więzy rodzinne, które tak na dobrą sprawę nie odznaczały się ani czułością, ani opiekuńczością, ani innymi podobnymi uczuciami, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w polskiej rzeczywistości.

Co mnie jeszcze nie przekonuje w tym zakończeniu i wątku z matką, a zarazem kompromituje poczucie wrażliwości i odpowiedzialności głównego bohatera: otóż dlaczego Gabriel po dwudziestu latach wraca do miejsca, w którym spędził dzieciństwo? W poszukiwaniu tożsamości? Aby zmierzyć się z mroczną przeszłością? Z tęsknoty za ojczystą ziemią? A może chciał odszukać matkę? Nic z tych rzeczy! On po prostu wraca po książki, które pozostawiła mu po śmierci pani Economopoulos. Paradoks, jakby we Francji nie mógł sobie takich kupić! A może to tylko pretekst? Sentyment?

Na koniec: czego nowego może się dowiedzieć człowiek z lektury „Tęsknoty”? Człowiek, który przebrnął, chociażby w naszej polskiej martyrologicznej literaturze, przez dziesiątki książek opisujących wojenne traumy, okrucieństwa, pogromy, ludobójstwa, utracone dzieciństwa, przerwane młodości, barbarzyństwa… Obawiam się, że niewiele. Może tego, że wojny i przemoc działy się lub dzieją na każdej szerokości geograficznej. Może tego, że nigdy nie można być pewnym swojego losu, bo zło szczerzy zęby w każdej przestrzeni i wystarczy chwila nieuwagi, aby wypełzło z mrocznych ciemności i zaczęło krwawo kąsać na oślep, nie zważając na to, kim jesteśmy i czy na to zasługujemy. Może tego, że każdy z nas próbuje odnaleźć się w różnych sytuacjach, a problem tożsamości dotyczy każdego człowieka na naszym ziemskim globie? Może też tego, że o zbrodniach i przemocy można pisać w sposób delikatny, bez epatowania krwawymi obrazami i szokującymi detalami. Ale czy zawsze się tak da?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *