Szymborska

Szymborska

Pamiętam, jak w Teleexpresie Szymborska promowała swój najnowszy tomik Tutaj. Nie czytałem ani jednego wierszyka, nawet nie przeglądałem, bo zanim dotrze do mojego miasta, zakwitną przebiśniegi. Nie rwę się również do tego. I nie czekałem z niecierpliwością na nowy twór Szymborskiej. Nigdy bowiem nie przemawiały do mnie jej wierszyki. Brak mi w nich dwóch rzeczy, bez których ani rusz u mnie. A mianowicie w jej wierszykach świat jest pozbawiony mroku, oczywiście w sensie obrazowania. Rzeczywistość, w której poruszają się bohaterowie Szymborskiej to wprawdzie chaos, przypadek, to krajobraz zimnego intelektualizmu, filozofii, gdzie szachuje się pojęciami, które wyświechtały się i przestały być odpowiednikami wartości; krajobraz pozbawiony mroku wżynającego się w życie, w jego naskórek. Takiego obrazowania z mroczną metaforą, mglistym porównaniem czy ciemnymi epitetami.

Po drugie zaś Szymborska nie Krzyczy; ani intelektualnie, ani emocjonalnie. W zdecydowanej większości utworów autorki Wielkiej liczby nie ma buntu, wyraźnej niezgody, która by wołała, że zastany obraz świata jest domeną fałszu, obłudy, czy niesprawiedliwości. Jakby nie odczuwała bólu wynikającego z codzienności, była wyjałowiona ze współczucia, jakiejś nikłej nawet empatii w stosunku do drugiego człowieka. Nie wspomnę tu o wtórności tematycznej niektórych utworów, jaką raczy czytelnika noblistka. Wtórnych, bo scena kabaretowa podaje to samo tylko na tacy przeznaczonej dla widza, docierając w ten sposób do szerszego kręgu odbiorców.

Nagminny motyw tej poezji, a zarazem i kamień węgielny światopoglądu Szymborskiej, to przypadkowość: „nic dwa razy się nie zdarza”, niepowtarzalność chwili, która jest jedyna w życiu i najlepiej uchwycić ją, zamknąć, zatrzasnąć w obrębie wierszyka niczym na zdjęciu: zimnym, nieruchomym, pozbawionym emocji, gdzie ludzie są jak przygodne ziarenka piasku pod bezniebnym niebem, którymi targa wiatr bez celu i powodu. Wszystko bowiem jest niepowtarzalnym przypadkiem: ludzie, zdarzenia, doświadczenia. Pojawia się bez celu i równie szybko znika, także bez celu. Odchodzi, odpływa w niepowtarzalną, chaotyczna otchłań przypadkowości. I w tym całym bezsensie świata, paradoksalnie, jest jeden głęboki i paraliżujący sens, mianowicie, że życie ludzkie jest przypadkiem, świat jest przypadkiem, chaosem, przerażającą drobiną w kosmosie kosmosów, który budzi przerażenie, grozę, rodzi niepewność, wątpliwości. Ale z drugiej strony tenże sam świat fascynuje nadmiarem rzeczy, wciąż zadziwia, zdumiewa ogromem cudów. Można by rzec za autorką, że świat to swoisty „jarmark cudów”, gdzie do rangi niezwykłego wydarzenia urastają z pozoru zwyczajne, niemalże pospolite zdarzenia. My na co dzień stykając się z nimi nie dostrzegamy, że tak naprawdę cudem jest to, że w nocy szczeka pies, którego nie widać, ponieważ ukryła go jej gęsta, namacalna ciemność, że krowy są krowami, dłoń ma pięć palców, wschodzi słońce i zachodzi o którejś tam godzinie. My zwykli zjadacze chleba nie dostrzegamy w tym nic nadzwyczajnego, żadnej cudowności, dlatego też potrzeba nam kogoś niezwykle wrażliwego, aby uświadomił nam to. Uff!!!

Co mnie jeszcze razi u Szymborskiej? Aa. Ten jej moralizatorski ton, kiedy stawia się w pozycji kogoś, kto stoi gdzieś z boku i wygłasza ogólne sądy o grzecznym i cichym Zdzichu z Bolesławca czy uroczej lecz  nieco zakompleksionej Gieni z Mokrej Wólki. Fakt, uniwersalizuje ich, ale zarazem wrzucając do jednego worka z  wegetującym i wulgarnym  Mietkiem, który raczy się tanim winem na dobranoc czy naiwną Bożenką sprzedającą uroki swojego ciała przygodnym „podsklepowym” donżuanom, pozbawia ich indywidualnych rysów, które świadczą o ich niepowtarzalności, wyjątkowości, jedyności. Stawia się z boku, w ten sposób zachowuje dystans do tego o czym mówi, ale jednocześnie to redukuje wszelkie emocje z jej poezji. Ona bowiem nie mówi o konkretnym człowieku, o jego cechach, jednostkowych nadziejach i rozpaczach, dla niej człowiek to „wielka liczba”, coś jak pojęcie człowieka: głowa, ręce, nogi, pięć palców itd.

Ona nie mówi „przez siebie”, „od siebie”, stawia się w pozycji mędrca, który dość często pyta, zadaje pytania, które w swej intencji dążą zawsze do odkrycia jakiejś prawdy o świecie, oczywiście cząstkowej. Ale dość często w pytaniu tym gotowa jest już odpowiedź. Dlaczego jestem akurat tym człowiekiem a nie innym? Dlaczego jestem Agnieszką a nie Basią, Basią a nie lisem, liściem czy psem? Dlaczego urodziłem się w XX wieku a nie w XIX, XV czy XII? Odpowiedź jest prosta, skoro nie ma konieczności, wszystko jest przypadkiem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *