Adam Mickiewicz – poeta, którego utwory warto (nie warto) czytać i omawiać w szkole

Adam Mickiewicz – poeta, którego utwory warto (nie warto) czytać i omawiać w szkole

Stawiając sobie pytanie; czy warto, czy nie warto czytać i omawiać w szkole utwory A. Mickiewicza, staję jednocześnie przed nie lada dylematem. Po której stronie się opowiedzieć, jaki przyjąć punkt widzenia, co wziąć pod uwagę? Nie sposób bowiem w tak krótkiej pracy „dotknąć” całej twórczości autora Ballad i romansów. Ograniczę się zatem do kilku przedmiotów, które według mnie są najjaskrawszymi motywami, niejako motywami przewodnimi jego twórczości. Niemniej jednak, ażeby ustrzec się nachalnej jednostronności, którą charakteryzują się, przy tego rodzaju problemach, umysły skostniałe, pozbawione elementarnej i przyzwoitej elastyczności i swobody w postrzeganiu danego zjawiska, z którym za moment mają się zmierzyć, ja postaram się, na ile pozwoli mi ta rzekoma i domniemana elastyczność, „rozdwoić” nieco swój subiektywizm. Z pełną świadomością i odpowiedzialnością używam określenia „rozdwoić swój subiektywizm”, albowiem moje rozumienie kategorii obiektywizm, obiektywność, sprowadza się do zmiennej czasowej uwarunkowanej chwilowym stanem rzeczy i określanym ludzką wiedzą, doświadczeniem i społecznym uznaniem dla wartości. W tej sytuacji obiegowy pogląd, iż to, co piszę podlega twardemu prawu niezmienności i nieomylności mija się, jak najbardziej, z prawdą.

A. Mickiewicz- poeta, wieszcz, geniusz prorok, który urzeka do dziś miliony Polaków, którego utwory w naiwnej konkretyzacji powalają na kolana rzesze patriotów o anachronicznych poglądach i dyletanckich doświadczeniach z zakresu literatury i filozofii. Dlaczego piękno, mądrość i wspaniałość Mickiewicza funkcjonuje do dziś, funkcjonuje w dzisiejszym człowieku? Czy zachwyt nad twórczością autora Dziadów rodzi się w nas (w pojedynczym człowieku), czy raczej z nas (z ludzi), tradycji i paraliżującego ciśnienia kultury? Ilu z nas zanim sięgnie po utwory narodowego wieszcza ma zakodowany w świadomości ten apodyktyczny nakaz a priori, iż Mickiewicz musi zachwycać, musi urzekać i czarować swoją wielkością? Ile tracimy, a ile zyskujemy bezkrytycznie uczestnicząc w tym zbiorowym szale egzaltacji tańcząc, jak nam zagra orkiestra złożona z utworów Mickiewicza? Są to wprawdzie pytania retoryczne, aczkolwiek nie trafiające w próżnię, mające swój realny i rzetelny odpowiednik w skostniałych formułach, w tych wielowiekowych kokonach, jakimi otaczały Polaków bolesne doświadczenia historii i wzniosłe przemowy sztuki, żądające kategorycznego poddaństwa od obywateli.

Jaki czort, jakie licho siedziało w tym świeckim kapłanie sztuki, będącym, par excellance, piewcą kochanym, szanowanym i wreszcie ubóstwianym przez liczne pokolenia Polaków mieniące się najszczerszymi humanistami? Ileż słów napuszonych, słów wypowiedzianych z krystalicznym drżeniem i rytualnym zaangażowaniem wypowiedzieliśmy pod adresem Mickiewicza? Dlaczego to właśnie jego, a nie Słowackiego, Norwida czy Prusa wywindowaliśmy na sam szczyt literatury, oprawili w złote ramki i doczepili świetlisty nimb nad głową?

Bo, bo Mickiewicz- ten mentalny ekstrakt, ten subtelny i wstydliwy wyciąg z „duszy narodu” polskiego był zawsze pod ręką, biegł zawsze na ratunek rodakom. Tłumaczył im miłość, poezję, historię i zawiłe ścieżki cierpienia, niczym stara cyganka czytająca przyszłość z linii papilarnych naiwniaka spotkanego na ulicy. Weźmy dla przykładu Widzenie ks. Piotra, które jest takim delikatnym, napompowanym metafizyczną wzniosłością i ofiarnością tłumaczeniem rodakom ich sensu cierpienia. „Polacy – wołał Mickiewicz przez usta pokornego ks. Piotra – cierpimy, bo jesteśmy Chrystusem narodów! Bo my-Polacy zostaliśmy wybrani przez Boga, aby odkupić grzechy świata i całej ludzkości”. Hm, czyż to nie podnosi na przysłowiowym duchu? Jakże wtedy Polacy poczuli się wielcy, wzniośli, patetyczni i wreszcie ważni. Mickiewicz nie mówi: „ Cierpimy, bo sami doprowadziliśmy do takiego stanu rzeczy, który wepchną nas do zapadni, z której nie mogliśmy się wygrzebać przez sto dwadzieścia trzy lata”. On nie szukał przyczyn politycznych, jak chociażby Słowacki, on sięgał tam, gdzie wzrok nie sięga, a mianowicie w sferę metafizyki, niekiedy chybionej metafizyki.
Rozbiory i utrata niepodległości odcisnęły znaczące piętno na twórczości Mickiewicza, dlatego też niemal każdy jego utwór mamił Polaków nowym, cudownym odrodzeniem się narodu, jego urojoną hieratyczną hipostazą zmartwychwstania. Po Dziadach przyszła kolej na Pana Tadeusza, gdzie mamy do czynienia z nowym wariantem Mickiewiczowskiej wizji, wedle której zza drzew przebłyskuje błyszcząca jutrzenka swobody. I wkrótce ukaże się w całej swej pełni słońce, które oślepi wrogów, a nam doda siły, ba, będzie świecić tylko dla nas. Polacy nie odczuwali jednak tych kaustycznych soli, które przenikały w naskórek ich zbiorowej mentalności. Im to dogadzało, trafiało w ich bezguścia, oszukiwało ich smakowe kubki świadomości. Mickiewicz i jego utwory pełniły rolę matki-głupich, bez której nie może się obejść żadna społeczność, a tym bardziej społeczność, którą brutalnie wypędzono z rodzinnego domu i kategorycznie zakazano uprawiać rabatkę, na której upajali się pachnącymi aromatami ojczystych kwiatów. I wreszcie w Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego Mickiewicz stanął niemal na głowie i w karkołomny sposób próbował swą wieszczą mocą sprowadzić Boga na ziemię, aby Ten dokonał sprawiedliwego przewrotu, zmienił bieg historii, dokonał bezwzględnej i ostatecznej rewolucji, która przywróci Polsce upragnioną wolność.
Albowiem twórczość Mickiewicza była kojącą fikcją na zbolałe rany społeczności polskiej pozbawionej swojej ojczyzny. Pełna uproszczeń, natchnionych, romantycznych i nierzeczywistych wizji i programów poetyckich, w których długobrodzi lirnicy z zapartym tchem przekonywali o sile i zbawczym działaniu poetyckiego słowa. Wszystkie te zabiegi z pogranicza kosmetyki estetycznej i rojeń wyobraźni służyły jednemu celowi, a mianowicie ojczyźnie. Dla Mickiewicza bowiem człowiek nie był ważny, dla niego alfą i omegą wszechświata była ojczyzna, której podporządkował nawet samego Boga, gdyż w rzeczywistości naszego wieszcza Bóg służył jednemu celowi – służył Polsce, nieco później dopiero całej braci słowiańskiej. Cały ten pokraczny utylitaryzm literatury Mickiewicza, cała ta bogoojczyźniana dialektyka poezji wiodła ku temu, aby oczarować Polaków, aby w ich sen, kiedy przyciskali umęczone i cierpiące głowy do poduszek, przemycić nieco zmysłowego jadu przyjemności i urody wyższego rzędu, która w świecie realnym nie miała żadnej racji bytu. Z tej żądzy podobania się rodakom wynikała kolejna, bardziej ambitniejsza i wymagająca nieco ekwilibrystyki „pokornego demona”, mianowicie, aby wizja jaką wyśnił wieszcz urzekła nie tylko samego demiurga, ale cały naród. Toteż rychło naszym punktem odniesienia stały się wzniosłe fantazje i Mickiewiczowskie igraszki wyobraźni. Nic więc dziwnego, że w takiej sytuacji jedyny i twardy punkt oparcia – rzeczywistość zaczął galopować przed nami, a my obijaliśmy się o abstrakcje poezji wiodące nas w próżnię absurdu. Tymczasem wieszcz przyrządzał nam wytrawny obiad; przyprawiał, solił, zaprawiał, przysmażał, ceregielił się, by trafić w podniebienia wszystkich biesiadników o gustach miernych i spragnionych duchowej i niekoniecznie rzeczywistej strawy.

Czyż taką strawą nie jest Pan Tadeusz? Ta fikcyjna oaza, enklawa rozkosznych wspomnień szlacheckiej i szlachetnej dawności, która niczym karaibski balsam uśmierzała nadszarpnięte zdrowie psychiczne rzesz Polaków na emigracji. Przy czym odtwarzając dawną tradycję nasz profesor zachował się po trosze, jak początkujący chirurg, który wysterylizował z wszelkiego brudu ranę i narzędzia, lecz zapomniał znieczulić pacjenta. Ale po cóż miał go znieczulać, jak pacjent po dziś dzień chodzi pijany i urzeka się tą epopeją narodową, ba, spożywa ją niczym hostię, przypisując jej zarazem rangę dzieła wszechczasów w literaturze polskiej.

Już sam początek; te leśne pagórki, zielone łąki, zboża mieniące się całą gamą barw, złotych odcieni, nobliwych zapachów, które upajają nozdrza wyobraźni do niebotycznych rozmiarów wprawiają nas w swoisty trans, hipnozę uwielbienia nad ojczystym krajobrazem. Istny locus amoenus Polskości! Jakby we Francji czy w Chinach, które przodują w światowych rankingach uprawy pszenicy nie było tak pięknych pól uprawnych! A te brzozy, topole, ta cała plastyka obrzędów, tradycji, harmonii, opasłych szlachciurów- jak pisał niegdyś Norwid – którzy jedzą, piją, jeszcze raz jedzą, piją i grzyby zbierają… A ten kunsztowny język, który każdej postaci każe mówić regularnym, rymowanym trzynastozgłoskowcem, okraszony soczystymi przenośniami, melodyjnymi oksymoronami, przepychem epitetów i piramidalnymi porównaniami rodem od starożytnego ślepca, kokietuje swą urodą, czaruje gracją, epatuje zalotnymi ruchami bioder niczym stara i płochliwa panna na balu maskowym.

Ale im dalej w las tym więcej drzew. I nagle wyłania się ten cud natury, ta słowiańska nimfa gadająca z domowym drobiem i biegająca pomiędzy włoską kapustą, a tropikalnymi harbuzami. Cóż to jednak za heroina, przed którą pada na kolana każdy młodzieniec w okresie przedmutacyjnym bądź stary ramol stojący u progu błogiego okresu „przekwitania”. Istna bogini z atramentu krwi i papierowych kości, która w przeciągu zaledwie kilkunastu tygodni z czternastoletniego, niedojrzałego podlotka znającego ledwie obrzędy kur i gęsi ad hoc przedzierzgnęła się w dojrzałą gospodynię, pannę na wydaniu, wyemancypowaną obywatelkę biegającą z sierpem na głowie pomiędzy ucztującymi gośćmi na przyjęciu zaręczynowym. Hmm, ta Mickiewiczowska młodość, aż nadto dojrzała i specyficznie piękna! Co nas jednak urzeka w Zosi? Czy jej wdzięk, uroda, czy gracja wynikające z jej młodości? Otóż nie, Zosia jest piękna-jako Polka, urocza-jako gospodyni spętana niewygodnym sierpem tradycji, czarująca-jako wizja nowoczesnego obywatela zrzekającego się wielowiekowej władzy nad chłopami. A gdzie w takim razie jej młodość; jej fochy, fanaberie, niemoralne myśli czy naiwność przysługujące jej wiekowi? Cóż, nawet gdyby grzeszyła to byłaby urocza i wzniosła. Gdyż postaci Mickiewicza grzeszą w sposób uroczy i wielki, zabijają w imię poczciwości i szczytnych celów, jak chociażby legendarny ks. Robak pokryty stygmatami cierpienia za wolność narodu czy rozdarty między patriotyczną powinnością, a osobistym szczęściem, chorowity na alkoholizm Konrad Wallenrod. Można by rzec, iż autor Dziadów miał smykałkę do przyrządzania wzruszających serce i usypiających zdrowy osąd eliksirów, które pochłaniamy z wypiekami na twarzy, egzaltacją w piersiach i od czasu do czasu ronimy ukradkiem łzy wzruszenia nad losem biednych Polaków. Bo grzech u Mickiewicza nie jest podły, zło nie przeraża, zbrodnia nie wstrząsa, a dla bluźnierstw Konrada wnet znajdujemy jakieś uczniowskie usprawiedliwienie. Któż z nas bowiem potępia sympatycznego Jacka Soplicę? Wprawdzie zabił Stolnika, ale przy tym zatargu czyż sympatia nasza i współczucie nie stoją po stronie Soplicy? Kimże bowiem był Stolnik, który aby dogodzić swej rodowej dumie unieszczęśliwił Jacka i własną córkę? Któż z nich jest bardziej szlachetny? Rzecz jasna, że Jacek Soplica, który szlachetność ma wrodzoną, a grzech jego pochodzi z głębi serca, jakby to powiedział Gombrowicz.

Tak to Mickiewicz zarzucił na oczy Polaków biały płaszcz cnoty i niewinności, aby w powierzchowności dostrzegali głębię, w gładkości chropowatość i nierzeczywiste posłannictwo literatury, która rzekomo przeszła zbawczą transfuzję krwi. Nauczył nas zgubnej lekkości, rzucił niczym tyran na kolana przed świętością wieszczów i zakneblował usta, by nie bluźnić, skrzętnie ukrywać wstydliwą prawdę, ażeby gniła w mrocznych zakamarkach naszego jestestwa i nie narażała nas na pośmiewisko i kompromitację w oczach podłych i parszywych sąsiadów. Wyczuł ten słaby punkt naszej rzeczywistości i grał, pogrywał, szarpał struny naszej tkliwości i rozczulania się nad samym sobą. A im bardziej upadaliśmy on gwałtowniej naciskał na struny, aż w końcu staliśmy się bezwolni, płascy i kiczowaci. Wmówiliśmy sobie i wmawiamy kolejnym pokoleniom z katowskim, a zarazem pedagogicznym uporem, że on-Mickiewicz, nasz wieszcz narodowy, bóg i potężny nauczyciel wyraża nasze marzenia, opiewa szczytne i szlachetne pragnienia, wkrada się w szczeliny snów i celebruje nasze ambicje życiowe. Że on- Mickiewicz, to autorytet moralny (a spytajcież nauczyciela ile razy zdradził swoją żonę?), to wzór patrioty (a spytajcież, dlaczego nie wziął udziału w powstaniu listopadowym? Bo chuć – jakby to powiedział Przybyszewski – była silniejsza aniżeli imperatyw ojczyzny!)

Stał się obrzędem, religią, a jego utwory pogańskimi sanktuariami, do których zbiorowo udajemy się w czytelniczym zapale, gubiąc swoje indywidualne odczuwanie egzystencji i historii. Fikcję literacką przerobił w ceremoniał do złudzenia przypominający rzeczywistość, do której napuściliśmy żywej, ludzkiej krwi i przed którą korzymy się, jak mnisi w odosobnionych szałasach, zarzuciwszy dźwiękoszczelne kaptury na głowy.

Każdy jego utwór to arcydzieło, po odczytaniu którego na zewnątrz rozlega się eksplozja oklasków, nieautentycznych ochów i achów (poczytajcie, jak patetycznie pustosłowiem piał Pigoń), a wewnątrz ogarnia nas szmer zagubienia i niezrozumiałości, do których wstydzimy się przyznać przed innymi. Boimy się buntu, boimy się wykrzyknąć; „Nie, nie zachwyca mnie sztuka, nic a nic z tego nie rozumiem! Dosyć już tej szkolnej tresury! Mickiewicz może i wielkim poetą był, ale mnie to nie rusza, mnie nie zachwyca. Dosyć, dosyć już mam tych poetów-bogów, wieszczów-proroków, cierpiących herosów, nieskazitelnych patriotów, Polski Chrystusa. Dosyć, dosyć, dajcie mi kogoś takiego jak ja, dajcie mi zwykłego człowieka, który byłby tak ciemny i prosty jak ja, który by cierpiał, cieszył się i wątpił jak ja, ażebym z nim gadał i milczał, ażebym przy nim płakał i w nim się kochał, ażebym go czytał i w nim się przeglądał”. W nas jednak zwycięża nieśmiałość, budzi się potrzeba wielkości i uwielbienia dla wielkości. My boimy się małości, zwyczajności i prostactwa, a szafot tradycji i konwenansu wisi nad nami, jak kat czekający na odpowiedni sygnał, by spuścić nas w otchłań pozbawioną piękna i wzniosłości. I po cichu wmawiamy sobie, że czytając Mickiewicza rzeczywiście doświadczamy ekstatycznych uniesień, że każdy jego wiersz to pożywna ambrozja rozlewająca się wokół naszego serca podniecającym szczypaniem, że sztuka to chleb, bez którego nie może się obejść nasza dusza i inteligencja, że utwory Mickiewicza to skarbnica wiedzy, którą winniśmy pochłaniać jak matczyne mleko.

Ale każdy kij ma dwa końce. Mickiewicz nauczył nas wolności, wpoił, że wolność to jedna z najwyższych ludzkich wartości, o którą powinniśmy walczyć i domagać się jej w każdym okresie naszego życia i w każdym miejscu świata. Nauczył nas, że wszelka forma ucisku godzi w człowieczeństwo, odcina je od korzeni, które należy szanować, pielęgnować i dbać o nie, by kolejne pokolenia Polaków miały możność swobodnego rozwoju. Nauczył nas miłości do ziemi ojczystej, do tego skrawka czarnej ziemi zroszonej krwią tysięcy młodych zapaleńców, którzy w porywach serca latali na mleczne drogi i składali na „ołtarzu polskości” najcenniejszy dar swojego życia.

Poprzez mentalne powroty do nadniemeńskich pejzaży chciał odbudować swoje pierwotne doświadczenia poznawcze, odnaleźć, jakby to powiedział Schulz, „żelazny kapitał ducha”. I dopiero w tym kontekście to patetyczne westchnienie-apostrofa, w którym przenosi swą duszę utęsknioną do pagórków leśnych i łąk zielonych nabiera wagi i powagi, i odsłania prostotę bólu i tęsknoty zwykłego człowieka za ojczyzną, w której tkwią korzenie, pierwotność jego tożsamości. Polskie wonie, zapachy i krajobrazy pełnią w tym przypadku funkcję podobną do smaku proustowskiej magdalenki, która umaczana w herbacie wywołuje w człowieku wspomnienia odległe, skryte w głębi serca, niejako zepchnięte w mroczne rejony podświadomości. Przy czym owe wspomnienia to nie żadne zabytki przeszłości pokryte patyną czasu czy nostalgiczne randez-vuos ze swoją dawnością w zaułkach egzystencjalnej pamięci. Każda bowiem reminiscencja wywołana dotkliwym stąpnięciem na bolący odcisk obcości emigranta prowadzi może nie tyle do mistycznego olśnienia, coś na wzór autora Sodomy i Gomory, gdzie człowiek w mgnieniu oka uświadamia sobie kim był i kim jest, ile do odnalezienia swojego „mentalnego” cienia. Tym samym Mickiewicz stał się prekursorem nowej szkoły, w ławach której zasiedli m. in. Orzeszkowa, Konwicki, Mackiewicz czy Miłosz, szkoły, która uczyła zmysłowego odczuwania rodzimych pejzaży, wrażliwości na otaczający świat i specyficznego czucia historii.

Odwołując się do tradycji, utrwalił sarmackiego „ducha tradycji”, a pojęcie domu, tradycji i tożsamości wywindował ponad zwykłe pojęcia i idee, nadając im niejako nowszego i głębszego znaczenia, będącego nieodzowną częścią ludzkiej egzystencji, bez której człowieczy byt jest tylko pustym i jałowym pielgrzymowaniem po skalistych odmętach świata. Dom – ta mała ojczyzna, w rozumieniu Mickiewicza, był bastionem obyczajów, ostoją świadomości narodowej i ludzkiej tożsamości. Tam, w tym bezpiecznym azylu dzieciństwa ( o czym pisze w Epilogu Pana Tadeusza ), w tym idyllicznym mikroświecie ładu i porządku, i wreszcie w tej sensownej przestrzeni świata, w której każdy odnajduje siebie i swoje miejsce z innymi i obok innych, człowiek biega jak po łące. Toteż stało się to fundamentem i sprężystym kręgosłupem mentalności i kultury polskiej, sprawiło, iż w dalszym ciągu zachowujemy swojskość i niepowtarzalność, które odróżniają nas od większości koczowniczych i kopiarskich kultur Europy Zachodniej.

Nie sposób także zbagatelizować jego talentu poetyckiego, przejść obok jego twórczości nie dostrzegając uroku Sonetów krymskich czy ładunku egzystencjalnego niektórych wierszy, a zwłaszcza tych z ostatniego okresu, będących jedynie namiastką bolesnych przeżyć doświadczonego człowieka, który dokonuje ostrego i szczerego osądu swojego życia.

Za przykład może posłużyć wiersz Polały się łzy. Tutaj już nie mamy do czynienia z Mickiewiczem Polakiem, tu przemawia konkretny Mickiewicz – Mickiewicz-człowiek, wyzbyty pozorów, patriotycznej kokieterii i mesjanistycznych natchnień. Mamy go niemal całego, jak na dłoni, z jego słabościami, defektami, porażkami i, rzecz najważniejsza, głęboką świadomością szczerego wglądu we własną egzystencję. Ten patos, który dla starożytnych był źródłem estetycznego i etycznego katharsis zużył się, stał się nudny i męczący, a Mickiewicz wreszcie to zrozumiał. Z nadymanych słów powietrze uszło, romantyczne szarlataństwo służące mamieniu rodaków poczuło twardy grzbiet rzeczywistości i polały się łzy; na dzieciństwo sielskie, anielskie, na młodość górną i durną, zuchwałą i nierozumną, na wiek męski, wiek klęski. Polały się łzy niczym w Łukaszowej Ewangelii, w faryzeuszowym domu na Chrystusowe stopy łzy grzesznej kobiety. Tak Mickiewicz płacząc nad swoim przegranym życiem, jak niegdyś w Dreźnie wstydząc się przed światem czarnych prawd żywota, jednocześnie oczyszczał je pragnąc odrodzenia. Ponieważ uświadomił sobie, zrozumiał jako dojrzały człowiek, że aby narodzić się na nowo, wpierw trzeba ujrzeć oczami duszy swojej śmierć własną, zgon tego, co w nas jałowe.

Nie sposób zatem przejść obok twórczości Mickiewicza mrużąc oczy na jego wkład w dorobek kultury polskiej i mentalności, dziś już nieco zmieniającej się, Polaków. Można się nią zachwycać, można czytać Powrót taty czy Pana Tadeusza z wypiekami na twarzy bądź nudą i przekorą w myślach, gdyż każda poezja, nawet ta najbardziej licha, coś mówi, nie zawsze przemawia i robi nagły wyłom w świadomości, ale twórczość Mickiewicza warto, ba, trzeba znać. Znać i jednocześnie zrewidować, odrzucając krańcowości, swój stosunek do „wielkiej” literatury romantycznej i w ogóle do całej literatury. Należy przemówić do swojego rozumu, że literatura to nie podręcznik czy kodeks mówiący jak postępować, jaki system wartości wybrać, ponieważ literatura to jedynie synteza myśli, wyobrażeń i spostrzeżeń autora, próbująca odzwierciedlić rzeczywistość, nigdy zaś czegoś narzucać, jedynie coś sygnalizować, podpowiadać. Wracając jednak do istoty rzeczy; biologiczno-mistyczna koncepcja człowieka jaką preferował Mickiewicz, a raczej jaka wyrosła na podłożu romantycznych mitów – gdyż ów dogmat kulturalny łączący w nierozerwalną więź los jednostki z losem zbiorowości był charakterystyczny dla całej XIX wiecznej Europy wyrosłej na liberalnych hasłach Wielkiej Rewolucji Francuskiej – dziś jest już nieco archaiczną wizją, która po prostu trąci przysłowiową myszką. Albowiem dziś już wiadomo, wszem i wobec, że to egzystencja poprzedza esencję, a nie odwrotnie, jak chcieli tego romantycy i sam Mickiewicz. Na los, tożsamość i istotę człowieczeństwa ma bowiem wpływ wiele czynników, m. in. są to uwarunkowania historyczne, społeczne czy psychologiczne. Mojej duchowości nie określił przed kilkunastoma wiekami Mieszko I i jego woje, na kształt i obraz mojej duchowości miały i w dalszym ciągu mają wpływ ( duchowość człowieka kształtuje się przez całe życie) nie tylko moje związki z ziemią ojczystą i krwią, ale i inne okoliczności, takie jak; warunki historyczne, psychologiczne, społeczne, presja konwencji czy, mówiąc językiem Gombrowicza, międzyludzkie „gęby”. I pomimo tej wąskiej, a wręcz partykularnej wizji Mickiewiczowskiego człowieka odważę się stwierdzić, iż każdy, kto nie zna lub nie czyta Mickiewicza, to jakby samoistnie odcinał sobie pępowinę od własnych korzeni, czyniąc siebie człowiekiem znikąd.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *