Mgła – Miguel de Unamuno

Mgła – Miguel de Unamuno

Ileż dowcipu, humoru, ironii, ale i powagi, pytań jakże ważkich, pytań, zagadnień tyczących się osobowości, istnienia i w ogóle człowieka kryje w sobie Mgła Miguela de Unamuno za punkt wyjścia i zarazem za kluczowe zdanie tejże, wydanej w 1914 roku, powieści należy uznać bez wątpienia, to jakże głęboko osadzone w hiszpańskiej tradycji (Calderon – Życie snem) metaforyczne pojęcie życia jako snu: Może to sen Boga? Sen, który zniknie, gdy Bóg się obudzi? Modlimy się i śpiewamy hymny prawdopodobnie po to, aby Go uśpić, aby ukołysać Go do snu. Liturgia wszystkich religii jest taką kołysanką! Śpiewamy, aby Bóg się nie obudził, aby nie przestał „nas” śnić!

Czymże jest w takim układzie życie człowieka, świat, rzeczywistość nas otaczająca, jak nie snem Boga – istoty nadrzędnej w stosunku do istot-bytów podrzędnych Jemu, jakim jest człowiek. Można jasno, z całą pewnością określić tedy hierarchię bytową tegoż układu, gdzie Bóg śni człowieka i stoi na najwyższym stopniu istnienia. Człowiek zaś jest zależny od Boga, a ściślej mówiąc od jego snu, i widziany od strony Boga jest jedynie Jego wytworem, fikcyjnym tworem umieszczonym w świadomości Bożego snu. Ale, ale nakłada się tu, w powieści, jeszcze jedna warstwa, która nieco komplikuje, ale i rozszerza pole widzenia i całą sytuację. Otóż w Mgłę wprzęgnięte są jeszcze inne problemy, jakże ważkie dla uzgodnienia i wysunięcia ostatecznej diagnozy tyczącej się poglądów Unamuno na życie, zawarte w powieści.

Mgła jest bowiem historią prawnika, niejakiego Augusta Pereza, który pewnego dnia stojąc na chodniku przed swoim domem obserwuje ludzi i nagle wśród idących dostrzega pewną dziewczynę. Rusza za nią aż do samego domu dziewczyny, a po chwili dowiaduje się również, od dozorczyni, jak ma na imię owa kobieta. I od tej chwili, od tego momentu jego życie – ta mgła nasycona nudą, mgła, wciskająca się w każdą tkankę egzystencji, otaczająca świat i człowieka wraz z jego myślami, bólami, radościami, nadziejami, wątpliwościami, iluzjami itd., itp. wkracza na nieco inny tor.
August Perez typowy przedstawiciel hiszpańskiego, ale i europejskiego dekadentyzmu, dręczony jakimś chorobliwym brakiem aktywności życiowej, energii, woli życia, ten narodowy schyłkowiec zakochuje się nagle w młodej nauczycielce muzyki, Eugenii Domingo del Arco. Urzeczony urodą i blaskiem oczu młodej dziewczyny odnajduje rzekomy sens życia, a co więcej i cel: Mam wreszcie określony w życiu cel. – wykrzykuje w sobie – Muszę zdobyć tę dziewczynę, albo też zrobić tak aby ona mnie zdobyła.

Ale cóż, kiedy Eugenia zakochana jest po uszy w Maurycym – młodym darmozjadzie, próżniaku i obiboku, i żadną miarą nie chce Augusta, który już przypadł bardzo do gustu (a raczej jego majątek) ciotce Eugenii, doni Ermelindzie, a nawet specjalizującemu się w anarchizmie teoretycznym, fonetyce i esperanto wujowi dziewczyny, don Ferminiemu. Bohater jednak postanawia walczyć o Eugenię, jednocześnie zaś ten hiszpański Hamlet bawi się we wnikliwego i dociekliwego badacza psychologii kobiecej, miłości, czasu, osobowości, istnienia, aż w końcu dochodzi do krańcowej i szczytowej w swoim patrzeniu na zewnątrz i do wewnątrz, a mianowicie zaczyna wątpić o własnym istnieniu. A skąd przyszła do mnie Eugenia? Czy ja ją stworzyłem, czy też raczej ona mnie tworzy? O może jesteśmy oboje dwoma wzajemnymi tworami, ona moim, a ja jej? (…) Kto ty jesteś Orfeuszu? I kim ja jestem?

Ileż w tym z interakcji Gombrowicza? Kto, kogo stwarza tak naprawdę? Ja – ciebie, a ty – mnie. Ale August prawdziwość swojego istnienia stwierdza wzorując się na Kartezjuszu, parafrazując jego Cogito ergo sum. „Kocham więc jestem” bądź „Jem więc jestem”. Ostatecznie jednak zrozpaczony, oszukany i wykpiony przez Eugenię w przeddzień ślubu, ponieważ dziewczyna ucieka z próżnym Maurycym, któremu uprzednio August załatwił posadę na prowincji, postanawia popełnić samobójstwo. Przed dokonaniem tego czynu udaje się jeszcze do samego autora, czyli do don Miguela Unamuno, który stwierdza kategorycznie, że bohater nie może popełnić tego szatańskiego czynu, nie jest bowiem osobą żywą, ba, jego byt jest zawieszony pomiędzy bytem a niebytem: teraz dodaję, że nie jesteś ani żywy, ani martwy – mówi autor. Jakże do przypomina Sześć postaci scenicznych w poszukiwaniu autora. Ale dobrze, na to zrozpaczony August wykrzykuje: Ja nie istnieję? Jest to bez wątpienia punkt kulminacyjny, kluczowy w powieści, bo prowadzący do nieuchronnego przekręcenia kluczyka w drzwiach, zakończenia, tragicznego zakończenia tej historii.

O czym jednak rozmawiają, August i sam autor? Najkrócej można ująć w kilku zdaniach temat ich burzliwej momentami konwersacji, która tyczy się zagadnień osobowości, bytu, istnienia postaci powieściowych i ich śmierci, czyli wchodzimy na płaszczyznę autotematyzmu. Unamuno wyjaśnia swojemu bohaterowi jego zagadkę istnienia, określa jego byt jako fikcyjny, a co za tym idzie połowiczny, stworzony przez wyobraźnię autora i czytelników. Bo to jak funkcjonuje postać powieściowa nie jest li tylko zależne od twórcy, również czytelnicy poprzez swoje interpretacje tworzą jakiś obraz postaci, a póki o niej mówią, interpretują, póki żyje w ich świadomości, to i żyje w tym swoim świecie fikcji książkowej. Bohater nie pozostaje dłużny autorowi i w odpowiedzi poddaje w wątpliwość istnienie autora w rzeczywistości, niweluje jego istnienie praktycznie do zera, sprowadzając je do pretekstu niezbędnego do tego, aby postać powieściowa, czyli August mógł zaistnieć w świecie. Z kolei rozwścieczony nieco don Miguel odpowiada, że myśli, zachowanie i czyny Augusta są wyłącznie uzależnione od autora i postać tak naprawdę nie ma żadnego wpływu na własne życie, jest bowiem odgórnie starowana, podporządkowana istocie nadrzędnej, czyli samemu autorowi. Po czym nakazuje mu wrócić do domu i tam czekać na śmierć. Bohater jeszcze rozpaczliwie pada na kolana i błaga: Don Miguelu! Ja chcę żyć, chcę żyć!!!

Klamka już jednakże zapadła, a decyzja o śmierci jest nieodwołalna. Rozmowa kończy się nie tyle groźbą, co naturalnym biegiem życia, ale przy gniewie i rozpaczy słowa Augusta brzmią jak prorocko-apokaliptyczna zapowiedź śmierci wszystkich: Mam umrzeć jako istota fikcyjna? A więc dobrze, mój panie de Unamuno!… Ale pan także umrze, pan także obróci się w proch, z którego pan powstał… Bóg przestanie pana śnić! Umrze pan, tak, umrze pan, choćby pan nie chciał umierać. Umrą także wszyscy ci, którzy będą czytać tę historię… wszyscy, wszyscy umrą… żaden nie pozostanie. Oni wszyscy są także istotami fikcyjnymi, tak jak ja.

A więc mamy już pełny obraz tego hierarchicznego układu wpisanego w Mgłę. Ta trójwarstwowość przedstawia się następująco: Bóg – istota najwyższa, niezależna od niczego; człowiek – widziany od strony Boga to tylko fikcja, posiadająca byt zależny od Stwórcy, mówi o tym sam August do autora: Bóg przestanie pana śnić; no i na samym dnie tej drabiny bytowej usytuowana jest postać powieściowa, istota fikcyjna, widziana od strony człowieka posiada wprawdzie jako taki byt czasowy, podobnie jak człowiek w relacji do Boga, lecz jako wytwór imaginacji autora nie ma żadnej podstawy do istnienia, jest pozbawiona jakiegokolwiek pierwiastka samostanowienia o własnym istnieniu. I o ile człowiek we śnie Boga nie pogrąża się w nicości, ponieważ jej nie ma, chyba że Bóg jest tą nicością, o tyle postać powieściowa, fikcyjna skazana jest na nicość.

BÓG – śni człowieka i świat

||

CZŁOWIEK (autor) – istnieje dopóki, dopóty śni go Bóg

||

POSTAĆ POWIEŚCIOWA – jej byt jest zależny od twórcy, ale i od czytelników

Nieśmiertelność to nie przyszłość. Śmierć każe nam zrobić pół obrotu i zaczniemy iść wstecz, wstecz, ku przeszłości, ku temu, co było. I będziemy tak szli, szli bez końca zwijając motek swoich przeznaczeń, będziemy szli ku nicości. Ponieważ zaś nicości nie ma, więc nie dojdziemy do niej nigdy. Pod nurtem naszej egzystencji płynie płynie w przeciwnym kierunku nurt inny. Teraz idziemy od dnia dzisiejszego ku jutru; później będziemy szli od jutra ku dniom wczorajszym. Ach, wszystko się tka i pruje jednocześnie. Od czasu do czasu dobiegają do nas szepty, pogłosy i echa tego innego świata, ukrytego we wnętrzu światów naszych. We wnętrzu historii istnieje kontrhistoria, której bieg jest wprost odwrotny. Rzeki podskórne drżą od morza do swego źródła.

II

(…) wrócę może na chwilę do Mgły Unamuno, a raczej zatrzymam się na kilku cytatach, obok których nie mógłbym przejść spokojnie, i rzecz jasna nie przyczepić ich do jakiegoś zjawiska, które już wcześniej oddychało żywą piersią bądź dopiero kilka lub kilkanaście lat później oddychać zaczęła na szeroką skalę w literaturze.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *