Czarodziejska góra – Tomasz Mann

Czarodziejska góra – Tomasz Mann

Pamiętam taką scenę z Czarodziejskiej góry, kiedy to Castrop walczy ze swoją słabością podczas burzy śnieżnej. Już nieomal zasypiał, pogrążał się w innej rzeczywistości, lecz przezwyciężył tę słabość, wygrzebał się z tego majaczącego pół snu, stanął na nogi i ruszył w stronę uzdrowiska. Nim wstaje, w tym majaczącym półśnie ma coś w rodzaju wizji będącej kluczem do wyzdrowienia, do przezwyciężenia choroby i wyrwania się z tego przytułku „żywych trupów”, jakim jest sanatorium. Na szali stawia dwa pojęcia-żywioły, antagonizmy, które odgrywają w życiu nader ważną rolę, jak nie najważniejszą. Miłość i śmierć. Śmierć jest wielką potęgą. – śni Castrop – Odkrywamy przed nią głowę i zbliżamy się do niej na palcach. Ma na sobie dostojny krąg przeszłości, a my sami ubieramy się na jej cześć poważnie i czarno. Rozum niemądrze wygląda wobec śmierci, bo jest jedynie cnotą, śmierć natomiast jest wolnością, ucieczką, bezkształtem i rozkoszą. Mój sen mówi mi, że rozkoszą, a nie miłością. Śmierć i miłość nie rymują się ze sobą, byłby to niesmaczny i fałszywy rym! Miłość przeciwstawia się śmierci, ona jedna, nie rozum: i jest mocniejsza od śmierci. Ona jedna, nie rozum, budzi dobre myśli. Wszelka forma pochodzi również jedynie z miłości i dobroci: forma i kultura rozumnego i przyjaznego społeczeństwa, harmonijnego królestwa ludzkiego, pamiętającego w cichości o krwawej uczcie…

„Człowiek w imię dobroci i miłości nie powinien dać śmierci panować nad swymi myślami. I z tym się budzę…”

Castrop budzi się. Te myśli chronią go od zamarznięcia, chronią go tym samym od wolności, bezkształtu i rozkoszy. Rozmyślania o miłości, które windują tę siłę życia na sam szczyt aksjologiczny bohatera, sprawiają, że owa wizja, w której dostrzegł zbawczą i potężną moc stawiają go na nogi w sensie dosłownym, ale przede wszystkim metaforycznym. Owa sytuacja, konkretna sytuacja, w jakiej znalazł się bohater jest bez wątpienia zapowiedzią ostatecznego zwycięstwa młodego inżyniera. Tak jak pokonał w owo popołudnie żywioł burzy śnieżnej, tak też po siedmioletnich zmaganiach odniósł tryumf nad chorobą.

W ujęciu Castropa miłość to nie tylko przeciwieństwo śmierci, to jakaś preegzystencjalna witalność, siła najsilniejsza, zdolna zmiażdżyć śmierć. Miłość to również podstawa, czynnik niezbędny, fundament, bez którego nie sposób budować społeczeństw opartych na przyjaznych i rozumnych zasadach współżycia i współistnienia. I wreszcie miłość to istota ludzkości, nieodzowna część człowieczeństwa, priorytet, którym winien się kierować każdy człowiek, by tworzyć, już tu na ziemi, podwaliny królestwa niebieskiego.

Nie jest to jednak miłość sensu stricto erotyczna, zmysłowa, nastawiona na konkretną osobę (panią Cheuchat?), ale miłość, jako pojęcie nieco szersze, ogarniające w swe władanie stosunek do drugiego człowieka, postawę wobec świata, która wypływa z wnętrza, z duszy i jest świadectwem ludzkiej wrażliwości i zdolności do współ-odczuwania. Tylko taka miłość, wychodząca, przekraczająca schematyczne pojęcia o tymże uczuciu, ograniczonym do „dwojga”, ma rację bytu.

I jest to bez wątpienia najsilniejszy, według mnie, akcent Czarodziejskiej góry. Ba, śmiem twierdzić, że to jest naczelna idea tejże powieści, idea wysoce szlachetna, mądra i optymistyczna, mieszcząca się zarówno w humanistycznej, jak i chrześcijańskiej wizji świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *