Madame – Antoni Libera

Madame – Antoni Libera

No i przeczytałem Madame. Nie żałuję ceny, którą musiałem wydać na tę powieść. Nie powiem, ale już dawno nie czytałem takiej powieści w polskim wydaniu. Ta dawka erudycyjności, jaką oferuje utwór Libery może jedynie sprawiać przyjemność. Fakt, nie jest to książka dla jakiegoś „wieśniaka z mazowieckiego”, ba, nawet dla przeciętniaka pozbawionego poczucia humoru i jako takiego oczytania. Gdzieś przeczytałem, że inteligencja, erudycja i przenikliwość bohatera budzą w czytelniku irytację, drażnią i odpychają, stwarzając przekonanie, że jest to utwór „elitarny”. Istna bzdura?! To, że narrator błyszczy oczytaniem, cytuje z pamięci fragmenty tekstów, w miarę biegle zna język francuski, opanował grę na fortepianie, przy bliższym zastanowieniu się budzi pewną wątpliwość. Bohater zna bowiem tylko klasyków, filozoficznie nie za bardzo błyszczy – jakieś tam szumne banały o egzystencjalizmie, coś w stylu Krońskiego. Ale przystańmy na tych klasykach. Otóż, on nie zna szmiry, kiczem dla niego jest Żeromski i jego Popioły, w otępienie i nudę wprawiają go pamiętniki Simone de Beauvoire (na mnie zrobiły zupełnie inne wrażenie, zwłaszcza dwa pierwsze tomy), wielka, rodzima literatura romantyczna nie cieszy się estymą godną zapalczywego „Polokusa”, ale niemiecka już tak z Goethem, Hölderlinem czy Schillerem. Na świeczniku stawia Szekspira – banał – Conrada, Racine’a, Becketa, zaczytuje się w Joannie Schopenhauer, wspomina kilkakrotnie Toniego Krogera, zna z pewnością Czarodziejską górę, Moliera.

Mnie to bynajmniej nie drażni, mimo że tych wszystkich utworów, o których on wspomina po prostu nie przetrawiłem z poczuciem zadowolenia. Mnie momentami śmieszy ta erudycyjność, ten Leonardo da Vinci od literatury jest, jak dla mnie, momentami infantylny i naiwny, co doskonale obrazuje scena, kiedy Madame opatruje mu uszkodzoną na zajęciach robótek ręcznych rękę. Na domiar wszystkiego nie jest to postać z krwi i kości, albowiem jego oczytanie zakrawa na ideał daleki od rzeczywistości. Choć momentami przypomina mi po trosze Juliana Sorela z jego potencją wchłaniania tekstów na pamięć. Ale jego nierzeczywistość ma jeszcze inny wymiar, który bardziej do mnie przemawia, a mianowicie, on nie ma w sobie brudu, cielesności, która przyciągałaby go do ziemi i nadawała kształt ludzki. Bo o cóż mu chodzi w tej fascynacji, w tym „upiornym” zachwycie i ekscytacji osobą Madame? Czy o seks, cielesny romans ze starszą od siebie nauczycielką? Nie, jemu chodziło o duchowe randez vous, romantyczne uniesienie, dzięki któremu ludzka psyche, jakby to ujęli romantyczni teoretycy, omijając brudy ciała i rozumu ma możność uczestniczenia w tzw. wyższej rzeczywistości, którą „czują” tylko wybrani, geniusze i święci. On był idealnym kochankiem z kiczowatych romansów, u niego idealizm i inteligencja zagłuszały wszelkie popędy, u niego nie było Natury a tylko wszechobecna Kultura. Ale czy rzeczywiście? Jest taka scena podczas wystawy obrazów Picassa, kiedy to jego drugie ja, to skryte i stłumione przez wychowanie, kulturę i konwenans, jakby powiedział doktor Freud, które pod wpływem malowideł zdaje się mówić: „Oj ty niepoprawny idealisto zagłuszający swoje potrzeby, wreszcie przeszedłeś od Kultury do Natury w swojej fascynacji szykowną Madame.” „ A więc powiadasz, jeune homme, że zadurzyłeś się… że wielbisz panią profesor… i marzysz o jakiejś wiktorii. – na czym ma ona polegać, jeśli wolno zapytać? Na tym, że spojrzy na ciebie? Że powie ci coś miłego? Że ci okaże sympatię i będziecie prowadzić eleganckie dialogues… tfu! conversations? – Otóż, mój pięknoduchu, jest to słodka ułuda, którą cię wabi Natura. W istocie chodzi o to, abyś się z nią połączył i oddał jej nasienie. A to wygląda tak, jak ci tu pokazuję. Patrz, oto meta twych tęsknot, cokolwiek jest ich treścią, jakkolwiek się objawiają. Oto punkt docelowy twojej błogiej wędrówki. A pamiętaj, mój mały, że to zaledwie obrazki – sztuka, kreacja, ironia. W życiu rzecz jest o wiele… nieporównanie mocniejsza i mniej cywilizowana. Dzika, gwałtowna, obłędna. Deliryczna, pijana.”

Tak oto przemawia jego drugie ja, jego dionizyjska natura, uproszczając nieco za Nietzschem, sprowokowane golizną i obscenicznością malowideł będących częścią Kultury, która ujawnia to, co gdzieś tam siedzi w tym młodzieńcu. Za erudycyjnością i błyskotliwością Kultury kryje się ludzko ludzka Natura z całą gamą zwierzęcych popędów, ludzkich pragnień, człowieczych potrzeb. Jaka szkoda, że ten erudyta i znawca klasyki i dramatu począwszy od antyku a skończywszy na współczesności nie wspomina o Terencjuszowsiej maksymie: „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce”, będącej skądinąd cytatem z jednej z jego komedii. Ale wracając do tematu, bohater odrzuca, tłumi w sobie cielesność, którą nazywa brudem, kiczem, a bez której prawdziwa sztuka obejść się jednak nie może. A nawet życie, jak podkreśla to Wiktoria, bo nie ma życia bez grzechu. W swoim podejściu przypomina mi nieco szalonych i chorych na punkcie swego „ja” eremitów ze średniowiecznych legend i apokryfów, dla których liczył się tylko duchowy wymiar człowieka, jako ten wywodzący się od Absolutu i zmierzający ku niemu. Ale kicz odzywa się w nim, potrzeba cielesności domaga się swoich praw, przeżywa prawdziwą mękę niechcianego porodu. Niemniej jednak daje się słyszeć jej nieporadne krzyki, powolne próby wyzwolenia się z pozycji embrionalnej. Doskonale widoczne jest to w momencie , kiedy odzywa się w nim zazdrość – sygnał zmysłowości – kiedy to Madame rozmawia w czasie przerwy na premierze Fedry z Jerzykiem, a później, jak bohater obserwuje, ba, niczym Gombrowiczowski voyeur podgląda swoją Wiktorię przez lornetkę w jej mieszkaniu w czasie cielesnej schadzki z ambasadorem, a może to był atache (nie pamiętam już). I wreszcie punkt kulminacyjny, nieśmiała i nieudana próba pocałunku po balu – to nic innego jak inicjalny akt dotarcia do Natury Madame, oralne zaznajomienie się z kiczem i zwycięstwo „demonicznego Dionizosa nad anielskim Apollinem”.

Można zatem powiedzieć, że platoński ideał miłości został tu potraktowany w nieco odwrotnych i niepełnych kategoriach. Bohater osiąganie ideału rozpoczął od tego, co wieczne, nadzmysłowe, nie mieszczące się w obszarze fizykalnym, by przejść do prób, niestety niedopiętych na ostatni guzik, penetracji zmysłowej sfery piękna, czyli cielesności. Toteż cel nie został osiągnięty, sens prawdziwego ideału, którym tak dyletancko katują swoich podopiecznych rzesze natchnionych romantycznych pedagogów, rozminął się z prawdą wyśnioną przez Platona.

II

Wrócę jeszcze na moment do Madame, bo mi się przypomniała pewna rzecz. Otóż, pierwszy podrozdział nosi podtytuł „Dawniej to były czasy!”, w którym bohater, powołując się na dawne czasy i związane z tym mity i legendy o wielkich herosach, niezwykłych wydarzeniach i ciekawych, bogatych osobowościach, stwierdza, że urodził się za późno. Za późno, na co? Dlaczego za późno? Bo czas, w którym przyszło mu żyć jest okresem jałowym, pustym, pozbawionym wyjątkowych postaci i wydarzeń. Podobne odczucia gnębią go, kiedy nauczyciele wspominają na lekcjach byłych uczniów, wokół których narosło wiele legendarnych i jakbyśmy dzisiaj powiedzieli oryginalnych „przypowieści”. Tak więc już na początku mamy do czynienia z jakąś tęsknotą za mitem, za przeżywaniem i uczestniczeniem w wydarzeniach, które będą dla przyszłych pokoleń wzorem niejako i obiektem westchnień za burzliwą, lecz fascynującą i baśniową przeszłością.
Powoli już opada kurtyna, bohater opuszcza swoją byłą szkołę po odbytych praktykach, kiedy to przed wejściem spotyka go pewien uczeń i prosi o rozmowę. W zbiorowej „świadomości” szkoły Modern Jarz Quartet – szkolny zespół jazzowy, w którym występował narrator – to żywa legenda. Zespół mający klub jazzowy w warsztatach robótek ręcznych, grywający w oparach papierosów, na występy którego przychodziło wiele osób, nawet sami studenci. Kółko teatralne urosło do Teatru Szekspira, który grywał i zdobył I nagrodę za przedstawienie Jak wam się podoba. I wreszcie fascynacja bohatera osobą Madame przerodziła się w głośny romans.

Tak to narodziły się mity; poza wiedzą i wolą samego bohatera, głównego aktora w całym tym przedstawieniu. A poza tym owe mity, do których wzdychają obecni uczniowie, narodziły się w całkowitej izolacji do prawdy, do autentyczności, do faktów zaistniałych.

Tak bowiem rodzi się mit, który jest potrzebą człowieka, jego pragnieniem, by obcować z wyśnioną i utopijną przestrzenią, w której poruszają się krystaliczne istoty o niemalże boskich rysach. Mit – ta mentalna i świadoma potrzeba człowieka ułatwia mu koegzystencję, umysłowe współistnienie w świecie baśni. Rodzi się wewnątrz i eksploduje na zewnątrz podbudowany nowymi, fantastycznymi faktami. Z czasem zrasta się z rzeczywistością realną i stanowi jej nieodłączną cząstkę świata, która budzi tęsknoty i wywołuje nostalgiczne marzenia za kiedyś to były czasy!

Jakże to bliskie nam-Polakom, którzy od wieków otaczamy się mitami, legendami i pomnikami. Pompujemy i tłoczymy je do mentalnego krwiobiegu i żyjemy, ciągle wzdychając: kiedyś to były czasy, kiedyś to byli ludzie! Można tedy zadać sobie pytanie, skąd w nas to chorobliwe zapotrzebowanie na mit, na papierowe poetyzowanie rzeczywistości. Z intelektualnego ubóstwa? Z faktu, że nie potrafimy dostrzec w teraźniejszości, czegoś godnego naszej uwagi, czegoś na miarę naszych wygórowanych ambicji i aspiracji?

W powieści Libery największym mitem jest chyba tytułowa Madame. Widzimy ją bowiem przede wszystkim przez pryzmat narratora, który patrzy na nią przez okulary fascynacji, duchowej miłości, zauroczenia. Ale czy znamy ją taką, jaka jest rzeczywiście? Widziana chociażby przez jakąś inną postać? Otóż nie (z małymi i zdawkowymi informacjami od pana Konstantego), znamy ją tylko i wyłącznie taką, jak widzi ją bohater. A mianowicie: jako wielką heroinę, kobietę zmysłową, a jednocześnie porażającą swym chłodem i pociągającą enigmatycznym sposobem bycia. Madame-Wiktoria to obraz kobiety w oczach i wyobraźni bohatera, kobiety z epoki obrosłej w mity i legendy, z czasów, w których poeci sami tworzyli sobie idealne heroiny, by móc do nich wzdychać. Te poetyckie twory snów i marzeń stały się w powieści Libery obiektem westchnień na jawie.

Dostrzega to nawet sam narrator: Jej życie bowiem dla mnie uobecniało mit – owo „kiedyś”, „gdzie indziej”, epokę i świat herosów, o których marzyłem i śniłem, do których aspirowałem i pragnąłem nawiązać, z którymi jednak, niestety, wciąż nie mogłem się spotkać. Była i „niegdyś”, i „tam”; przedłużeniem Przeszłości i przybliżeniem Dali; czasoprzestrzenią Legendy. Była materią, z które mogła powstać opowieść. I tak też się stało. Powstała opowieść, legenda, mit o kobiecie, która nie mieściła się w wyznaczonych przez granice realności świecie. Ów świat, w którym ona żyła, bytowała był światem wyobraźni, światem marzeń i pragnień, czysto duchowych rzecz jasna, bohatera o utopijnym raju, zaginionej krainie szczęśliwości, Edenie, którego nawiedziło potężne trzęsienie ziemi i do którego człowiek nie może już nigdy powrócić.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *