Wizyta starszej pani – Friedrich Dürrenmatt

Wizyta starszej pani – Friedrich Dürrenmatt

I
Wizyta starszej pani F. Dürrenmatta to tragiczna komedia w trzech aktach – jak mówi podtytuł. Akcja tej tragikomedii rozgrywa się w małym miasteczku Güllen, miasteczku zrujnowanym finansowo i gospodarczo, miasteczku bankrutów, gdzie ludzie żyją w nędzy i ubóstwie. Ale owi mieszkańcy nie są pozbawieni „matki głupich”. Ich nadzieją bowiem jest była mieszkanka tegoż miasta – gdzie spał jedną noc, niegdyś, Goethe – a obecnie multimiljonerka, Klara Zachanassion, która ma postawić na nogi tę podupadłą mieścinę, w której nie zatrzymują się już nawet pociągi osobowe.
No i zjawia się owa Klara, ale trochę nieoczekiwanie i zaskakująco, bo nie tak jak planowali mieszkańcy, którzy szykowali dla niej wielką powitalną fetę. Po co jednak przyjeżdża Klara? Otóż, niegdyś, w młodości była zakochana w niejakim Alfredzie Illu – obecnie bardzo szanowanym obywatelu miasta prowadzącym sklepik, a w przyszłości mającym objąć funkcję burmistrza. Kochali się, oczywiście w sensie tęsknoty serca i potrzeby ciała. Ten drugi sens, niestety dla niej wiązał się z pewnymi konsekwencjami, toteż nietrudno odgadnąć, że zaszła w ciążę. Kiedy zaś młody Alfred – cóż, czyżby nie miał wychowania seksualnego w szkole? – nie chciał przyznać się do dziecka, Klara zaczęła domagać się swoich praw i podała go do sądu o ojcostwo.

Ten zaś wynajął, przekonując ich bodajże litrem wódki, dwóch jakiś miejscowych przygłupów, którzy zeznali przed sądem i Bogiem, ze spali z Klarą. Ill ożenił się, oczywiście dla pieniędzy, z inną kobietą, a Klara uznana przez sąd i opinię publiczną za dziwkę opuszcza miasto. Dziecko odbiera jej jakieś towarzystwo chrześcijańskie, a ona sama trafia do burdelu, skąd wyciąga ją jakiś „spróchniały”, bogaty staruch. On wkrótce umiera, a Klara odziedzicza dużą fortunę, którą z każdym rokiem i każdym nowym mężem podwaja. Teraz wraca do rodzinnego Güllen po sprawiedliwość. Pomoże miastu i jego mieszkańcom, ale stawia warunek – musi ktoś zabić Alfreda.

II
Dürrenmatt nazywa swój utwór „tragiczna komedią”. A skoro taki podtytuł nadaje swojemu dziecku sam autor, to jest to bardzo ważki element, którego nie można pominąć, przeoczyć czy przejść obok niego nie zaciągając się głęboko nosem i nie wyczuwając jakichś dwuznacznych aromatów. Owa wskazówka – tragiczna komedia – mówi nam sporo, ba, jest wielce pomocna przy odbiorze sztuki. Ponieważ autor dyskretnie podsuwa nam pomysł, jak zabrać się do tego, gdyż mamy tu do czynienia nie z jednoznacznym, jednorodnym punktem widzenia, z którego patrzymy na losy bohaterów i zdarzenia. Mało tego, wyraźnie mówi, że na świat ukazany w Wizycie… należy, a wręcz trzeba patrzeć osadzając swoje czujne oko na dwu perspektywach, komicznej i tragicznej.
O ile komizm w dramacie Dürrenmatta jest wyraziście nakreślony, dość łatwo rzucający się w oczy i bez wątpienia bardzo złudny, niekiedy i powierzchowny i płaski, o tyle tkanka tragiczna ukryta jest nieco głębiej, toteż musimy się do niej niejako dogrzebać, doszperać rozgrzebując falującą beztrosko na powierzchni tonację komiczną.

Komiczni są, i to nie ulega żadnym wątpliwościom, mieszkańcy Güllen oczekujący na Klarę na stacji; ich rozmowy na temat Güllen będącego niegdyś ośrodkiem kultury, jednym z przodujących nie tylko w kraju, ale i w Europie, bowiem tam kiedyś jedną noc w gospodzie „Pod Złotym Apostołem” spędził Goethe, tam Brahms skomponował jakiś kwartet a Bertolt Schwarz wynalazł proch! Och! ja też bym był z tego dumny! Ci mieszkańcy są tak mentalnie prowincjonalni i zidiociali, że aż komiczni, kiedy niemal wszyscy kupują sobie żółte buty. Jakiż to cudowny i uroczy widok, kiedy całe miasto paraduje w słońcu w nowych, lśniących żółtych butach!? Podobnie jest z wazeliniarstwem Burmistrza czy pozami nauczyciela przemawiającego do tłumu niczym antyczni filozofowie.

Nie brak również śmieszności świcie Klary. Obydwaj żujący gumę, byli gangsterzy z Manhattanu skazani na śmierć, jednakże na prośbę Klary i za jej przekupstwem uwolnieni do noszenia lektyki z multimilionerką i powtarzający w głupawy sposób jakieś zdania. Podobnie jest ze ślepymi eunuchami – ofiary zemsty Klary za ich fałszywe zeznania przeciw niej. Nie mówię już o jej mężach! Komizm niczym piekące ciepło sunące od słońca bije także od samej Klary: jej protezy, zmiany mężów jak rękawiczki, dyktatura czy opowieści z życia. Ale z komizmem u Klary, to tak jak ze starszą nieco zakompleksioną kobietą, która chcąc ukryć, zatuszować przed otoczeniem swój wiek maluje się nader mocno i intensywnie; zbyt obficie podkreśla czerwień nieco już obwisłych i popękanych ust, nakłada kilka warstw pudru na twarz chcąc w misterny sposób uciec przed zmarszczkami i workami pod oczami czy chociażby przesadnie tuszuje rzęsy i powieki myśląc, że przez to jej wzrok odzyska świeżość i blask. Na pierwszy rzut oka taka kobieta wzbudza w innych niepohamowany chichot przeradzający się w zwolna w zażenowanie, a gdy spróbujemy dojść istotnego sensu i celu jej przesadnych zabiegów kosmetycznych w naszej wyobraźni zarysuje się tragiczny obraz kobiety nieszczęśliwej, ba, tragicznej, nabrzmiałej od kompleksów i bezradnie buntującej się przeciwko nieubłaganym prawom natury i pędzącemu czasowi.

Klara jest w istocie postacią tragiczną, kobieta nieszczęśliwą, przy czym jej tragizm u swych źródeł sięga jej przygody miłosnej z Alfredem. Po owej przygodzie zakończonej ciążą domaga się swoich praw przed wymiarem sprawiedliwości. Niestety, w świecie, gdzie wszystko można kupić za pieniądze zostaje oszukana i skrzywdzona podwójnie. Krzywdy doznaje nie tylko w sferze moralnej: okłamanie i odrzucenie przez ukochanego, zdrada, a na domiar złego po zeznaniach podstawionych przez Alfreda i przekupionych świadków uznana zostaje przez opinię publiczną i sąd za dziwkę. Co wtedy robi ta młoda, siedemnastoletnia dziewczyna? Zhańbiona, odrzucona przez człowieka, któremu zaufała, zdradzona, okłamana, samotna, a na dodatek w ciąży i napiętnowana, naznaczona stygmatem ulicznicy przez społeczeństwo Güllen? Dziecko wkrótce po urodzeniu odbiera jej jakieś Towarzystwo Chrześcijańskie (dziecko zresztą niebawem umiera). Ona zaś ostatecznie ląduje w przytulnym „domu złudzeń”, skąd wyciąga ją bogaty staruch, notabene jej pierwszy mąż. On wkrótce umiera zostawiając młodej żonie spory mająteczek, który ona skrupulatnie powiększa.
Jest jednak kobietą nieszczęśliwą, tragiczną i zarazem w konsekwencji „złą”, przy czym jej zło pije pożywną ambrozję aniołów upadłych z dwóch ciemnych źródeł, nad którymi unoszą się ciężkie opary nocy. Po pierwsze; jej zło wynika z tęsknoty, głodu miłości. To ten głód, ustawiczne nienasycenie miłości zmusza ją do czynienia zła, bowiem miłość, która nie może skonać ani żyć, czyli miłość nieszczęśliwa (do Alfreda) będąca jedynie bólem i cierpieniem z czasem przeradza się w zło. Taka miłość jest utratą Boga – idąc za Greenem – gdyż kochać z Bogiem, to kochać radośnie i jasno. Mówi o tym sama zainteresowana: Moja miłość nie mogła umrzeć. Ani też żyć. Stała się czymś złym, tak jak ja sama, tak jak blade grzyby i ślepe twarze korzeni w tym lesie, opętane moimi złotymi miliardami.

Po drugie: skąd, u diabła, ta młoda dziewczyna miała się uczyć szacunku, miłości czy zaufania do ludzi? Kto miał jej tego nauczyć?! Skoro ukochany, osoba najbliższa, ją zdradził, okłamał a za pieniądze kupił sobie uwolnienie od odpowiedzialności i jednocześnie skazał biedną dziewczynę na los dziwki? A może w „domu złudzeń” miała się uczyć szacunku i miłości? Tak, tak, w burdelu, gdzie przyjemność, ciało i złudną miłość można kupić za pieniądze. A może od swoich mężów, którzy traktowali ją jak towar? Kto, skoro nie miała nikogo, kto mógłby jej tego nauczyć, czy od kogo mogłaby się tego nauczyć? Dlatego też Klara jest odbiciem i ofiarą społeczeństwa, w którym wszystko można kupić za pieniądze, a drugiego człowieka traktuje się jak przedmiot. Społeczeństwa, w którym żyła, a jej zło wynika z tego, że patrzy na świat interpretuje go przez pryzmat własnych doświadczeń. Dość prosta dialektyka. Dlatego teraz ona chce kupić sobie sprawiedliwość za pieniądze, dlatego tak często zmienia mężów, bo małżeństwo traktuje jako doskonałą transakcję finansową i nic trwałego.

III
Wina. Ktoś, dobrze nie pamiętam, napisał, że tragedia u Dürrenmatta jest niemożliwa, bo wina staje się kolektywna i nie da się ustalić indywidualnej odpowiedzialności za dokonane czyny. Uff! Co ma piernik do wiatraka, jak za górą wiatr nie wieje! Zgadzam się, że wina staje się zbiorowa, lecz źródłem, alfą winy jest jednostka, indywiduum. Bo, u diabła, od kogóż zaczyna się tragedia Klary, jak nie od Alfreda? To on najął dwóch głupowatych pijaków, aby zeznali, że spali z Klarą. A to że opinia publiczna, czyli zbiorowość uznała ją za dziwkę, to dopełniło tylko kielich goryczy. Tak więc wina indywidualna Illa przeradza się, a raczej jej drugim stopniem niejako jest zbiorowość. To jednak nie wyklucza istnienia tragedii, która jest bez wątpienia tragedią indywidualną, bo to przecież Klara cierpi, Klara jest pokrzywdzona i upokorzona.

Podobnie jest z tragedią Illa. Tyle tylko, że tu sytuacja jest odwrotna, tu karty się odwracają i to Klara tym razem jest początkiem, zarzewiem winy, bowiem to ona rzuca hasło: Dam milion, jak ktoś zabije Alfreda. Fakt, ona nie jest bezpośrednią sprawczynią śmierci byłego ukochanego, gdyż wina spada na barki mieszkańców i to oni nie mogąc udźwignąć swojej nędzy, z próżności doprowadzają Illa do śmierci. To jednak, że skoro nie da się jasno i jednoznacznie ustali bezpośredniego winowajcę, gdyż wina oscyluje pomiędzy jednostką a zbiorowością nie jest dość przekonującym argumentem, jak dla mnie, by ot tak jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyeliminować, uśmiercić pojęcie tragizmu w świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *